Dzisiaj kilka słów o przedmiocie, którym przed ciążą i porodem żadna z nas nie zawracała sobie głowy. Pewnie nawet wiele kobiet nie miało o nim pojęcia. Przedmiot ten może stać się naszym najlepszym przyjacielem, ale także i największym wrogiem. Wszystko zależy, na jaki konkretny model ostatecznie się zdecydujemy oraz w jaki sposób będziemy z niego korzystać. A mowa o laktatorze. Nie każda mama, ale większość z nas przeżyła z nim chociaż krótką przygodę.

Raczej nie warto kupować laktatora przed porodem, bo może okazać się, że nie będziemy z niego korzystać. Jednak, jeśli tego nie zrobimy, warto mieć jakiś plan awaryjny, tzn. mieć kogoś, kto nam go pożyczy, lub wiedzieć, skąd i jaki model chcemy ewentualnie zakupić, bo może się okazać, że jest on nam potrzebny już, teraz, natychmiast, nieważne, jaki mamy dzień i którą godzinę…

Położne w szpitalu powinny poinstruować każdą mamę, w jaki sposób używać laktatora. Mleko należy odciągać regularnie (po każdym posiłku dziecka, czyli co około 3 godziny, ewentualnie z 6 godzinną przerwą nocną, po śnie i tak mleka jest więcej), metodą 7-5-3 (najpierw każdą pierś po 7 minut, następnie po 5, a na koniec po 3 minuty). Oczywiście ilość sesji z laktatorem automatycznie dopasowuje się z czasem do potrzeb Waszego maluszka, a i samą czynność można sobie ułatwiać, np. ściągając mleko z każdej piersi po 15 minut (ja nawet sporadycznie ten czas skracałam, ale dopiero po ustabilizowaniu laktacji). Czytając różną literaturę na ten temat natrafiłam na stwierdzenie, że jeśli mleko odciągane jest tylko za pomocą laktatora, to po ok. 5 tygodniach zaczyna zanikać. Nie jest to prawdą! Sprawdziłam na sobie.

Bardzo ważny jest wybór właściwego laktatora. Najlepiej przed zakupem poczytać w Internecie opinie o różnych modelach, żeby nie naciąć się na bubla. Mój pierwszy laktator był pożyczony. Wyprodukowany przez dobrą firmę, ładny, cichy, ale… Nie działał. Łzy jak grochy leciały mi z oczu, dziecko głodne, a mleka jak nie było, tak nie było…

Cóż było robić? Chwyciłam za laktator ręczny i, o zgrozo, tu mleko się pojawiło, ale jakimi było to cierpieniami okupione, wiedzą tylko te mamy, którym przyszło się zmagać z ręcznym modelem. Generalnie uważam, że laktatory ręczne nie mają racji bytu, odkąd wymyślono modele elektryczne. Chyba nikt nie miałby na tyle siły i zapału, żeby 7-8 razy dziennie pompować ręcznie za każdym razem po pół godziny. A zatem nie było wyboru, mąż na szybko musiała znaleźć model, który będzie zarazem i elektryczny, i działający. Na początku myśleliśmy o wypożyczeniu laktatora ze szpitala. Istnieją nawet modele, które ściągają mleko równocześnie z obydwóch piersi. Jaka to oszczędność czasu! Jednak w końcu zdecydowaliśmy się na zakup własnego, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Mleko płynęło pięknie, jedyną wadą było to, że działał bardzo głośno. Na szczęście szybko jednak okazało się, że wada stała się zaletą, ale o tym dalej.

W moim przypadku ściąganie trwało ok 3,5 godziny dziennie. Ile to czasu! Ale wcale nie uważam, że był on zmarnowany. Dlaczego? Przede wszystkim córcia miała moje mleko. Ale nie tylko dlatego. Oto moja prywatna lista rzeczy, które można robić podczas przygotowywania za pomocą laktatora posiłku dla niemowlęcia:

  1. Książki! Dzięki laktatorowi znalazłam czas na czytanie książek już od pierwszych tygodni po porodzie. Oczywiście podczas odciągania mleka można także oglądać telewizję. U nas w domu jednak nie mamy podłączonej telewizji, co uważam za świetny pomysł, ale o tym może kiedy indziej.
  2. Nadrabianie zaległości towarzyskich, czyli telefon i Internet. W końcu znalazłam czas, żeby porozmawiać pół godziny z mamą czy przyjaciółką. Wymienić parę słów ze znajomymi na Facebooku. Szczególnie wtedy, gdy dzidzia spała, światło było zgaszone, a za oknem już ciemno.
  3. Fajnie co 3-4 godziny usiąść na kanapie, wypić ciepłą herbatę lub oszukaną kawę, czyli inkę (oczywiście najlepiej, żeby mąż ją przygotował i podał), zajrzeć do notesu i spokojnie zaplanować przyszły tydzień albo po prostu myśleć o niebieskich migdałach.
  4. Sen, czyli co mi się nie udało. Czasami o 4 w nocy marzyłam, żeby po prostu trochę się przespać. Ale niestety tej sztuki nie opanowałam. A byłoby to cudowne – ściągać mleko i spać równocześnie.
  5. I najlepsze na koniec. Usypianie dziecka. Tak jak pisałam wyżej, początkowo wydawało nam się z mężem, że wadą wybranego przez nas modelu jest to, że chodzi bardzo głośno. Szybko jednak zorientowaliśmy się, jak cudowny wpływ na nasze dziecko ma ten dźwięk. Lila zasypiała przy nim, aż miło. Dzięki czemu mama miała czas na pogawędkę czy książkę. Gdy tylko kończyłam się odciągać – odpalałam szumiącego misia, dzięki czemu proces snu był kontynuowany.

Tak wyglądały moje zmagania z laktatorem. Cieszę się, że udało mi się przez pół roku karmić córkę moim mlekiem, a zarazem cieszę się, że mam to już za sobą… Niestety, po odciąganiu mleka na pamiątkę pozostał mi ból kręgosłupa. Oby przy kolejnym dziecku karmienie piersią okazało się łatwiejsze. A jeśli nie, to  trudno. W końcu nie sposób karmienia niemowlęcia decyduje o naszej miłości do niego 🙂

Jeśli ktoś ma wątpliwości, jak przechowywać mleko kobiece, warto zajrzeć tutaj:

http://www.mz.gov.pl/zdrowie-i-profilaktyka/zdrowie-matki-i-dziecka/karmienie-piersia/odciaganie-i-przechowywanie-mleka-matki/

Komentarz

Komentarz