Jak poradzić sobie z kolką niemowlęcą

Gdyby ktoś chciał patrząc na grupę młodych rodziców dowiedzieć się, którzy zmagają się z kolkami, nie miałby najmniejszego problemu – domyśliłby się od razu. Rodzice Ci wyróżniają się jeszcze bardziej zmęczonym wyglądem, niż pozostali, bezsilnym, często zrezygnowanym wyrazem twarzy, w ich oczach można dojrzeć szczególną troskę o swoje maleństwo i nieme pytanie: dlaczego akurat nas to spotkało? No właśnie, dlaczego? A no właśnie nie wiadomo…

Nie jestem lekarzem, więc nie będę zagłębiać się w medyczne aspekty dotyczące kolki. Wiem, po rozmowach z położnymi, pediatrami i pielęgniarkami, że teorii na ten temat jest wiele: niedojrzałość układu trawiennego, niedojrzałość układu nerwowego, zbyt duży stres matki. Jedno jest pewne. Kolka istnieje (a przynajmniej zespół objawów, które na nią się składają) niezależnie od swej genezy, a ja jestem rodzicem, któremu przyszło się z nią zmagać i walczyć.

Na początku było strasznie. Nasz noworodek nagle zaczął wyginać się, prężyć i krzyczeć podczas wieczornego karmienia. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, czy dziecko jest dalej głodne, czy też już się najadło. Podawaliśmy mu butelkę – krzyk. Odkładaliśmy butelkę – krzyk. Płacz i wrzask trwały jednak o wiele, wiele dłużej niż samo karmienie. Nosiliśmy, bujaliśmy, tuliliśmy, wszystko na nic. W końcu dziecko padało ze zmęczenia, a razem z nim wycieńczeni rodzice. I tak dzień w dzień, od 9 wieczorem do około północy. Domyślaliśmy się, że może to być kolka, jednak jako początkujący rodzice nie wiedzieliśmy, jak ją rozpoznać, chociaż z perspektywy czasu wiem, że nie da się jej nie zauważyć. Martwiliśmy się, że robimy coś nie tak podczas karmienia, że źle zajmujemy się noworodkiem, nieświadomie robimy mu krzywdę. W końcu, załamani, wylądowaliśmy u pediatry.

I tu nastąpił przełom. Dlatego apeluję do Was, młodzi rodzice, jeśli nie wiecie, czy to kolka, nie czekajcie dłużej, nie domyślajcie się, tylko idźcie z Waszym pierworodnym do lekarza! Natychmiast! Nie dość, że od razu zostaliśmy uspokojeni, że nie krzywdzimy w żaden sposób własnego dziecka, ani wina nie leży w nas – rodzicach, co samo w sobie było już olbrzymią ulgą, to zostaliśmy wyposażeni w szeroki wachlarz środków, za pomocą których natychmiast zaczęliśmy walczyć z bolesnymi objawami męczącymi nasze dziecko. Oto one:

  1. Leki. Stosowaliśmy dwa. Jeden z nich można stosować już od pierwszego dnia życia dziecka – był to enzym laktaza. Drugi natomiast, symetykon, był zalecany od 28 dnia, więc musieliśmy na parę dni wstrzymać się z jego podawaniem, gdyż córka miała wtedy około 3 tygodni. Zdecydowanie wygodniejsza była dla nas forma kropli, a nie żelu, które dodawało się do odciągniętego mleka.
  2. Masaż. Masowaliśmy brzuszek Lilki przy każdym przewijaniu. Wykonywaliśmy okrężne ruchy palcami zgodnie ze wskazówkami zegara (takie odwrócone C). Następnie całą dłonią głaskanie brzucha z góry na dół. Technikę masowania pokazały nam położna środowiskowa i pediatra.
  3. Ćwiczenia. Ćwiczenia polegały na dociskaniu ugiętych nóg do brzucha oraz wykonywaniu nimi okrężnych ruchów w biodrach od wewnątrz na zewnątrz. Te ćwiczenia pokazała nam nasza pediatra. Podczas rehabilitacji poznaliśmy jeszcze kolejne ćwiczenie – naprzemienne delikatne prostowanie i zginanie nóżek dziecka. Uwaga! Ćwiczenia można wykonywać tylko wtedy, gdy dziecko jest już po badaniu stawów biodrowych i lekarz nie widzi żadnych przeciwwskazań.
  4. Ciepło. Zakupiliśmy małe termofory wypełnione pestkami wiśni. Są łatwe w obsłudze, ponieważ wystarczy je podgrzać przez chwilę w kuchence mikrofalowej. Kładliśmy je na brzuszek córki, gdy zaczynały się jakieś niepokojące objawy.
  5. Chwyt kolkowy. Chwyt ten polega na ułożeniu sobie dziecka brzuchem na przedramieniu. Podczas bujania wewnętrzna strona nadgarstka masuje brzuch maluszka. Często zdarza się ulewanie, więc warto odczekać przynajmniej godzinę po jedzeniu.

Wszystkie te metody wprowadziliśmy od razu, jednocześnie. Co zatem pomogło? Nie wiemy. Najważniejsze, że pomogło. Po kilku dniach sytuacja w naszym domu zaczęła się uspokajać. Nie było to oczywiście tak, że nagle wszystkie objawy minęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jednak cała nasza trójka była o wiele spokojniejsza. Ja i mąż wiedzieliśmy jak i z czym mamy walczyć, natomiast Lila zdecydowanie mniej cierpiała. Z każdym tygodniem objawy stawały się coraz łagodniejsze, aż w końcu, trudno powiedzieć dokładnie kiedy, całkiem zniknęły. Leki odstawiliśmy około 4 miesiąca. Teraz nasz bobas ma już skończone 10 miesięcy, a kolki są tylko koszmarnym wspomnieniem, które zostało już daleko za nami. Czego i Wam życzę, kolkowi rodzice!

Komentarz

Komentarz